„Zamalowali wrzuta artysty, którego prace na płótnie kosztują kilka tysięcy złotych”
Zielona Góra – miasto wina, festiwali i… konfliktów artystycznych. Kilka lat temu w naszym w centrum zainteresowania znalazł się radny miejski, który – według doniesień lokalnej redakcji – miał tak bardzo zaangażować się w walkę z nielegalnym graffiti, że aż wystraszył artystów. Efekt? Jeden z nich sprzedał mieszkanie i przeniósł się do Poznania. Zielonogórska scena streetartowa zamarła. Jak twierdzi dziennikarz i ekonomista Adam Fularz, wszystko przez "wypłaszanie artystów młodego pokolenia".
Nie wiemy, czy radny ów kierował się gustem, zemstą czy aspiracjami do zostania nowym Banksym... ale według licznych relacji miał wypowiadać magiczne słowa: „pieniądze się znajdą”, o ile tylko jeden z artystów zdecyduje się... donieść na swoich kolegów. Pytanie tylko – czy był to konkurs na granty, czy może reality show pt. „Zostań agentem w świecie streetartu”?
„Skąd się biorą radni z taką wrażliwością na sztukę?”
Z listów do redakcji wynika, że niektórzy zielonogórscy radni zajęli się sztuką miejską z intensywnością godną kuratorów Tate Modern. Problem w tym, że zamiast wspierać – zamalowują. „Zamalowali wrzuta artysty, którego prace na płótnie kosztują kilka tysięcy złotych” – grzmi autor listu. Do tego, zdaniem świadków, radni nie mają żadnych kwalifikacji w dziedzinie sztuki. Na liście wystaw ich nie widać. Może to przez strach przed farbą w sprayu?
Kuratorzy kontra kraty
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że jeden z radnych zamiast odpowiedzieć na zarzuty, zaproponował autorowi skargi... listę poradni psychiatrycznych. Czyżby nowe standardy dialogu społecznego?
Tymczasem autorzy graffiti, według dziennikarza, są artystami – niektórzy nawet z dorobkiem, który można spotkać w galeriach. A już na pewno – na ścianach. W innych miastach takie prace są atrakcją turystyczną, czasem nawet wykuwaną ze ścian i sprzedawaną na aukcjach. W Zielonej Górze? Zamalowywaną ku chwale „estetyki” i porządku publicznego.
Kto tu ma pędzel, a kto pomysł?
„Nie wybieram radnych, by byli kuratorami sztuki” – pisze Fularz. Trudno się nie zgodzić. Władza, która wkracza na pole sztuki bez znajomości kontekstu, estetyki i wartości kulturowej dzieł, może przypadkiem zrobić z siebie bohatera... albo bohatera memów.
W końcu nie wszyscy streetartowcy to wandale. Czasem mają więcej do powiedzenia niż niejeden plakat wyborczy. A skoro Zielona Góra słynęła kiedyś z katalogów graffiti i murali o randze międzynarodowej – może czas przestać ich zamalowywać i zacząć… z nimi rozmawiać?
Zamiast zakończenia:
Może to czas, by Rada Miasta przyjęła uchwałę:
"O nieużywaniu wałka malarskiego bez konsultacji z kuratorem sztuki"?
A może powołać komisję:
"Estetyki Wrzutu i Kolorystyki Miejskiej"?
Z Zielonej Góry, gdzie mur mówi więcej niż sesja Rady Miasta –
Wasz nieoficjalny rzecznik graffiti, red. Adam Fularz
Komentarze
Prześlij komentarz